środa, 15 marca 2017

OFICJALNE ZAWIESZENIE BLOGA

Witajcie.

Jak w tytule posta - z powodu dużych zmian w życiu osobistym zawieszam blog na czas nieokreślony.
O ile nie zamknę go całkowicie... Ale usuwać nie zamierzam, bo może ktoś zechce kiedyś wrócić do moich opowiadań... Przynajmniej mam taką nadzieję ;)

Chciałam podziękować serdecznie wszystkim osóbkom, które tutaj zaglądały, zarówno od początku mojej przygody z pisaniem, jak i tym, które dołączyły później. Bez Was ten blog nie miałby sensu. Dziękuję za każdy komentarz, każde miłe słowo, za doping w chwilach zwątpienia.
Wierzę, że czytanie tego, co tutaj zamieszczałam, sprawiało Wam tyle samo przyjemności, co mi pisanie.

Pozdrawiam Was cieplutko i proszę o zrozumienie :)
Ruda

piątek, 24 lutego 2017

R. 8 "Każdy pretekst jest dobry"

- To jak z tym bukietem? – zapytałem jak gdyby nigdy nic.
Dziewczyna jeszcze przez chwilę wpatrywała się we mnie bez słowa, po czym jakby obudziła się z lekkiego letargu. Nie wiedziałem, czemu aż tak zdziwiła się na mój widok.
- Tak, oczywiście – powiedziała. – Tylko obsłużę tą panią.
- Poczekam – uśmiechnąłem się, a ona wróciła do swoich obowiązków.
Co chwilę jednak rzucała w moją stronę zagadkowe spojrzenia. Przyznam, że poczułem się trochę dziwnie, bo nie wiedziałem, czemu widząc mnie, czuła się tak nieswojo. Miałem jednak nadzieję, że gdy już zostaniemy sami, wszystko się wyjaśni.
Rozejrzałem się z zaciekawieniem po pomieszczeniu, porównując je w myślach do poprzedniego. Ta kwiaciarnia była niewiele, ale jednak większa od poprzedniej i tak samo jak tamta urządzona ze smakiem. Nie chodziło tylko o to, że wszędzie stało mnóstwo różnych kwiatów i roślin, ale przede wszystkim o klimat jaki tu panował. Usagi idealnie i z dużym wyczuciem dobrała dodatki tak, że całość prezentowała się, powiedziałbym nawet, elegancko. Na pewno każdy, kto tu wszedł, od razu stwierdzał, że musi coś kupić albo przynajmniej porozmawiać z uroczą właścicielką. Blondwłosa wyglądała schludnie, ale z klasą. Oczywiście niewymuszoną, bo cała jej poza wręcz emanowała wewnętrznym blaskiem i wdziękiem. A może to tylko ja ją tak postrzegałem? W końcu nijak nie potrafiłem wyrzucić jej ze swoich myśli, więc nie byłem obiektywny.
Po jakiś dziesięciu minutach, kiedy klientka wyszła z naręczem pąsowych róż, nareszcie zostaliśmy sami.
- Na jaką okazję ten bukiet? – niebieskooka zwróciła się do mnie.
Wciąż sprawiała wrażenie wycofanej.
- Tak naprawdę to tylko pretekst – odpowiedziałem z pełną szczerością. – Po prostu chciałem cię zobaczyć.
Znów ją zaskoczyłem. Nic nie odpowiedziała, a ja z każdą mijającą sekundą czułem się coraz bardziej idiotycznie. Czyżbym popełnił błąd, przychodząc tutaj?
- Przy naszym ostatnim spotkaniu zaproponowałem ci kawę, a ty obiecałaś, że się odezwiesz. Ale tego nie zrobiłaś. Na dodatek zamknęłaś kwiaciarnię i zniknęłaś. Zastanawiałem się, co się dzieje – z moich ust popłynął potok słów. – Ostatnio spotkałem twoją przyjaciółkę, która zasugerowała mi, notabene trochę niechcący, że nie zrezygnowałaś z tej pracy. A że jestem detektywem, nietrudno było mi cię odnaleźć. I tak oto jestem…
- Ach… - powiedziała tylko.
Zaśmiałem się nerwowo. Sytuacja stawała się coraz bardziej niekomfortowa.
- Ale widzę, że wszystko u ciebie w porządku i niepotrzebnie się martwiłem – dodałem.
- Niepotrzebnie – potwierdziła.
Boże, co to miało być?! Jak w jakimś koszmarze. Chyba najlepiej będzie, jak się stąd jak najszybciej wyniosę.
- No nic… - podrapałem się po głowie. – To ja chyba będę już leciał…
Odwróciłem się z zamiarem odejścia, gdy nagle poczułem, że łapie mnie za dłoń.
- Poczekaj – poprosiła, a ja oczywiście w mgnieniu oka zmieniłem zdanie i zostałem.
Szybko puściła moją rękę, jakby trochę speszyła się swoim zachowaniem.
- Zaskoczyłeś mnie – uśmiechnęła się lekko, tak jak lubiłem. – Nie sądziłam, że naprawdę chciałbyś się ze mną spotkać. Myślałam, że powiedziałeś to wtedy tak… z grzeczności.
Co ona wygadywała?! Gdyby wiedziała, co dzieje się w mojej głowie, na pewno nawet przez myśl by jej coś takiego nie przeszło. A wydawało mi się, że zainteresowanie z mojej strony było doskonale widoczne.
- Z grzeczności? – parsknąłem. – No wiesz co?
Wzruszyła ramionami i spuściła wzrok. Gdzie się podziała ta pewna siebie młoda kobieta, którą ostatnio była. Jednak chyba nie wszystko było w porządku, lecz na razie postanowiłem nie drążyć tego tematu.
- Czy jeśli tym razem zaproponuję ci kawę albo kolację, potraktujesz mnie poważnie? – powiedziałem żartobliwie.
Na jej policzki wypłynął uroczy rumieniec, a ja poczułem jak moje serce wręcz rozpływa się na ten widok.
Cholera, od kiedy to stałem się taki wrażliwy i romantyczny? Ha ha! Przecież to było zupełnie do mnie niepodobne. Czas spojrzeć prawdzie w oczy: chyba się starzeję.
- Bardzo chętnie się z tobą umówię – odpowiedziała, tym razem już pewniej.
Wyszczerzyłem zęby w radosnym uśmiechu. To wystarczyło za całą odpowiedź.
- To co? Może w piątek? – tym razem postanowiłem dopiąć wszystko na ostatni guzik.
- Sobota byłaby lepsza, bo w piątek popołudniu mam kolejną rozprawę rozwodową – westchnęła, a przez jej twarz przebiegł grymas. – Możemy umówić się na lunch.
- Jasne. Mi pasuje – pokiwałem głową energicznie. – Trzynasta?
- Trzynasta – potwierdziła.
- To jesteśmy umówieni. Super.
W międzyczasie do kwiaciarni wszedł mężczyzna w średnim wieku. Usagi spojrzała na mnie przepraszająco, więc musiałem pozwolić wrócić jej do swojej pracy.
Już miałem wyjść, kiedy przypomniałem sobie, że w sumie nie wiem, gdzie mieszka. Co za palant ze mnie! Powstrzymałem się, żeby nie palnąć się otwartą dłonią w czoło.
- Usagi – zawołałem, wracając się. – Jeszcze twój adres…
Przeprosiła na moment klienta, podeszła do lady i po chwili wręczyła mi karteczkę ze schludnie wypisanym adresem i numerem telefonu.
- Dzięki – po raz kolejny wyszczerzyłem się w uśmiechu. – Do zobaczenia w sobotę.
- Do zobaczenia – odwzajemniła uśmiech.
Pomachałem jej i już mnie nie było.

***

Sobota! Sobota! Cieszyłem się dosłownie jak dziecko z cukierka. Co z tego, że to dopiero za cztery dni. Grunt, że mnie nie spławiła, jak obawiałem się po jej pierwszej reakcji.
Dni do końca tygodnia minęły mi w ekspresowym tempie, a doby humor mnie nie opuszczał.
- Powiesz w końcu, co się dzieje? – w piątek Yaten nie wytrzymał. – Od kilku dni chodzisz i szczerzysz się sam do siebie, jak jakiś pomyleniec.
No cóż, nie dało się tego ukryć, skoro nawet mój braciszek, wiecznie z nosem w komputerze, to zauważył.
- Mam jutro randkę.
- Z kim?
- Zgadnij.
Zmarszczył czoło.
- Chyba się domyślam…
- Zanim zaczniesz prawić mi morały… – podniosłem dłoń, żeby go uciszyć, ale to on mnie ubiegł, przerywając zanim skończyłem zdanie.
- Nie pochwalam, ale też nie zamierzam się wtrącać. Rób co chcesz, jesteś dorosły. No i jeśli ci faktycznie tak na niej zależy, to życzę szczęścia.
Zatkało mnie. Czyżby podmienili mi brata? Od kiedy to on jest taki miły?
- Yyyy… dzięki… - wyjąkałem.
- No co? – prychnął Yaten.
- Raczej spodziewałem się po tobie jęków i wybijania mi tego pomysłu z głowy. A tu proszę…
- Już nie przesadzaj. Tylko, na litość boską, nie przynieś mi wstydu – wzniósł swoje zielone oczy do sufitu.
Parsknąłem śmiechem, dając mu kuksańca w ramię.

***

Kilka minut przed trzynastą byłem już na miejscu. Miałem zadzwonić do złotowłosej i powiedzieć, że już jestem, ale akurat ktoś wychodził z jej klatki, więc skorzystałem z okazji i wśliznąłem się do środka.
Winda zabrała mnie na piąte piętro, gdzie mieściło się mieszkanie Usagi. Kiedy tylko drzwi rozchyliły się z cichym szmerem, usłyszałem nerwowy i trochę podniesiony głos. Od razu go rozpoznałem.
- Co ty tu robisz? Dlaczego mnie nachodzisz?
- Musimy porozmawiać – odpowiedział męski głos.
- Nie mamy o czym. Zostaw mnie.
- Musimy porozmawiać – mężczyzna powtórzył, tym razem z większym naciskiem.
- Skoro czegoś potrzebujesz, możesz zawsze zwrócić się do mojego adwokata, ale mnie zostaw w spokoju.
Szybko skręciłem w korytarz, z którego dobiegała rozmowa. Tak jak przypuszczałem, zobaczyłem Mamoru Chibę. Blondynka stała w drzwiach swojego mieszkania, zagradzając mu wejście do środka.
- Wszystko w porządku?
Wyminąłem zaskoczonego bruneta, podszedłem do jasnowłosej i objąłem ją ramieniem. Nie wyrwała mi się i chyba była zadowolona z mojego nagłego pojawienia się. Była roztrzęsiona, choć starała się tego po sobie nie pokazywać.
- Szybko znalazłaś pocieszenie – warknął Chiba.
- To raczej nie twoja sprawa – odparowałem. – Lepiej zajmij się swoją kochanką. Czy już może ci się znudziła? W każdym razie, Usagi zostaw w spokoju. Jeśli czegoś od niej chcesz, wiesz do kogo masz się zwrócić.
Był wyraźnie niezadowolony, widząc mnie u boku swojej żony, ale na szczęście się nie stawiał. Chyba dotarło do niego, że może mieć kłopoty, nachodząc tak niebieskooką. Burknął coś pod nosem i odwrócił się na pięcie, po chwili znikając za rogiem.
Puściłem ją.
- Dziękuję – wyszeptała Usagi.
- Nic ci nie zrobił?
- Nie, wszystko ok. Tylko mnie zaskoczył. Wczoraj sąd orzekł rozwód z jego winy, z czego oczywiście nie jest zadowolony. Ciągle próbował podważyć to, co przeciwko niemu zgromadziliście, na szczęście mu się nie udało.
- Najważniejsze, że już po wszystkim – próbowałem ją pocieszyć.
- Mam taką nadzieję… - westchnęła. – Boję się, że on tak łatwo nie odpuści.
- Nie ma już nic do gadania. Sąd wydał wyrok i po sprawie.
- Oby… - wciąż wydawała się być nieprzekonana.
Coś czułem, że akurat ten moment był jednym z najgorszych na randkę i przypuszczałem, że będzie chciała ją odwołać, zwłaszcza, że wyraźnie wyglądała na smutną i przygaszoną. Jeśli tak będzie, uszanuję jej wolę. Nie chciałem się narzucać. Zresztą chyba sam wolałbym, żeby spotkała się ze mną w przyjemnej atmosferze, a nie mając gdzieś z tyłu głowy kłótnię z byłym mężem.
- Jeśli chcesz, możemy przełożyć ten lunch – zaproponowałem.
Spojrzała na mnie z wdzięcznością. Choć obstawiałem tą opcję, to jednak poczułem rozczarowanie.
- Może faktycznie go przełóżmy – przytaknęła. – Przepraszam cię.
- Przecież to nie twoja wina! – zaoponowałem.
- Wiem, ale źle się z tym czuję… - posmutniała jeszcze bardziej.
- Nie ucieknie nam ta randka, już ja o to zadbam – starałem się zażartować, żeby choć trochę rozładować tą ponurą chwilę.
- To może chociaż wejdziesz na kawę? – zaproponowała nieśmiało.
Dwa razy nie musiałaby mnie prosić.
- Jeśli to nie sprawi ci problemu? – upewniłem się.
- Przyznam szczerze, że nie jestem w nastroju na randkę, ale też najgorsze co mogłabym zrobić, to zostać teraz sama. To jak, skuszę cię na tą kawę? – zaprosiła mnie do środka gestem dłoni.
- Nigdy nie odmawiam, kiedy ktoś proponuje mi dobrą kawę – uśmiechnąłem się.
- Czy będzie dobra, to się dopiero okaże – również się uśmiechnęła, co wziąłem za dobry znak.

piątek, 10 lutego 2017

R. 7 "Nadzieja matką głupich"

Czekałem tydzień, czekałem drugi, a złotowłosa wciąż nie dawała znaku życia. Zaczynałem żałować, że nie umówiłem się z nią na konkretny termin, albo chociaż nie wziąłem od niej numeru.
Może sobie ze mnie zakpiła i wcale nie chciała się spotkać? Może powiedziała tak tylko, żeby mnie zbyć? A wydawało mi się, że ostatnio coś między nami zaiskrzyło. Lekko, bo lekko, ale jednak.
Codziennie czekałem na telefon. Gdy nie było mnie w biurze, zawsze po powrocie dopytywałem Yatena, czy czasem ktoś do mnie nie dzwonił.
Brat pewnie już zaczął coś podejrzewać, bo dziwnie na mnie spoglądał, ale na szczęście hamował się co do jakichkolwiek komentarzy na temat mojego zachowania.
Wciąż miałem nadzieję, że Usagi się odezwie. W końcu to właśnie nadzieja umiera ostatnia. Mówią także, że jest matką głupich. Czy więc byłem tym właśnie głupcem, który dał się nabrać na piękne oczy i czarujący uśmiech? Ja, który zawsze pierwszy wychodziłem z inicjatywą i nie miałem problemów z wyrwaniem dziewczyny, nagle sam zostałem wystawiony do wiatru. Nie podobało mi się to odczucie. Ani trochę.
Ale przecież ona nie była taka. Nie mogła być. Była delikatna, krucha, pełna ciepła i dobroci. Tylko czy na pewno? Przecież ostatnim razem zobaczyłem jej inną twarz. Tą mocną, silną i niezależną. Czy to możliwe, żeby zmieniła się tak dosłownie z dnia na dzień? Czyżby po uwolnieniu się z toksycznego związku zaczęła w końcu oddychać pełną piersią i żyć nie oglądając się na innych?
Nie, nie, nie… Nijak mi to do niej nie pasowało.
Po prostu sprawy z rozwodem ją pochłonęły. To było jedyne sensowne wytłumaczenie. Pewnie ten cały doktorek robił jej problemy. Chyba nawet wspominało coś o tym podczas wizyty w naszym biurze.
Tak musiało być. Na pewno. Innej opcji do siebie nie dopuszczałem. Wierzyłem, że kiedy wyplącze się z tego małżeństwa, to na pewno się do mnie odezwie.
Boże! Co ona ze mną zrobiła?! Wręcz nie poznawałem sam siebie. Nigdy nie zachowywałem się w ten sposób. Dosłownie jak uczniak zakochany w szkolnej piękności, która dała mu nadzieję, jednocześnie wystawiając jego cierpliwość na próbę.
Musiałem stawać się nie do zniesienia, bo początkowo ignorujący moje zachowanie Yaten, nagle zaczął na mnie warczeć i wypominać mi chodzenie na zmianę to z głową w chmurach i głupkowatym uśmieszkiem, to znów snucie się z ponurymi myślami wypisanymi na twarzy.
Sam dobrze wiedziałem, że jeśli coś z tym nie zrobię, to prędzej czy później, ale zwariuję.
Na domiar złego od dwóch tygodni kwiaciarnia błękitnookiej wydawała się być opuszczona. Rano, gdy jechałem do pracy nikogo w niej nie było, a na drzwiach wisiała kartka z napisem „zamknięte”. Tak samo popołudniami. Nie paliło się światło, nie byłem też w stanie dostrzec co jest w środku.
Wszystko to wydawało mi się nietypowe i niepodobne do dziewczyny, która zawładnęła moimi snami i myślami. Ale czy znałem ją na tyle, by móc stwierdzić, co do niej pasowało a co nie? Przecież prawdą było, że mimo wszystko prawie wcale jej nie znałem. Wszystkie swoje wyobrażenia opierałem na pierwszym wrażeniu, jakie na mnie wywarła. Ale ono nie mogło być mylne. Co jak co, ale akurat na ludziach znałem się dobrze. Nie mogłem się mylić i w tym przypadku.

***

Nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Dziś w kwiaciarni paliło się światło. W pierwszej chwili nawet bym to przeoczył, tak już przyzwyczaiłem się do tego, że nikogo w niej nie ma. Zahamowałem niemal z piskiem opon. Nie mogłem przegapić takiej okazji. Dość już miałem czekania. No bo w końcu ileż można? Przecież lepiej porozmawiać, upewnić się co do tego, czy mamy podobne oczekiwania względem siebie. A jeśli okaże się, że Usagi jednak nie chce się ze mną spotkać, dobrze żebym w końcu o tym wiedział, a nie łudził się jak idiota.
Zaparkowałem przed budynkiem i bez wahania wszedłem do środka, choć kartka wciąż informowała o tym, że jest nieczynne. Od razu zarejestrowałem brak dzwoneczka przy drzwiach. Zresztą wewnątrz też było inaczej niż to zapamiętałem. Nie było żadnych kwiatów, ściany świeciły pustkami. Wyglądało na to, że kobieta zdecydowała się zamknąć swoją kwiaciarnię. Poczułem dziwne rozczarowanie.
Ale nic… Pogadamy, to na pewno wszystkiego się dowiem.
- Usagi? – zawołałem, gdyż nie zastałem nikogo.
Bez odpowiedzi. Pewnie była na zapleczu, więc mogła mnie nie usłyszeć.
- Usagi? – powtórzyłem tym razem głośniej, jednocześnie zbliżając się do drzwi prowadzących na tyły kwiaciarni.
W tym momencie wychyliła się zza nich blond czupryna. Jednak nie były to długie złote włosy, a krótkie w piaskowym odcieniu.
- Co ty tu robisz? – rzuciła na powitanie.
- Zauważyłem zapalone światło, więc wszedłem – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
- Po co? – kolejne oschłe pytanie.
Kobieta mogła powalić swoimi pokładami „sympatii” kierowanymi w moją stronę. W sumie to nawet śmieszyło mnie to jej podejście. Wywnioskowałem, że w każdym mężczyźnie, który okazywał zainteresowanie jej przyjaciółce, widziała potencjalnego wroga. Może nie było to do końca normalne, ale z drugiej strony, przecież każdy z nas chce chronić osoby, które kocha. A jasne było, że ta kobieta była wręcz gotowa wskoczyć w ogień za swoim Kociątkiem, jak zwykła nazywać blondwłosą.
- Z ciekawości, bo przez ostatni czas było zamknięte i zastanawiałem się, co się dzieje.
- A co cię to w ogóle obchodzi? – Tenoh zagrodziła mi wejście na zaplecze, stając w drzwiach z rękami skrzyżowanymi na piersiach.
- Martwiłem się – widząc jej minę od razu pożałowałem, że to powiedziałem.
Twarz kobiety stężała, a baczne spojrzenie stało się jeszcze ostrzejsze.
- Chyba już ci kiedyś mówiłam, że nie podoba mi się to, że kręcisz się koło Kociątka.
Zignorowałem ją.
- Usagi jest tutaj? – próbowałem zajrzeć jej przez ramię, ale skutecznie zasłaniała mi widok.
- Nie twój interes – prychnęła.
- A może jednak mój. Co ci do tego? – zaperzyłem się.
- To tobie nic do tego, gdzie jest Usagi. Daj jej spokój.
Nie no, z tą kobietą nie dało się normalnie porozmawiać. Już na samo dzień dobry była negatywnie nastawiona, to czego innego mogłem oczekiwać.
- Usagi? – zapytałem kolejny raz.
- Nie ma jej – warknęła krótkowłosa coraz bardziej tracąc cierpliwość. – Skoro taki z ciebie detektyw, to powinieneś wyciągnąć wnioski z tego co widzisz.
Zatoczyła ręką okrąg, wskazując na puste pomieszczenie.
Zrozumiałem, że nic z niej nie wyciągnę. Musiałem ją jakoś podejść.
- Myślałem, że ta kwiaciarnia jest ważna dla Usagi… - niby zastanawiałem się na głos.
- Bo jest – burknęła Tenoh.
- …dlatego dziwi mnie, że opuszcza to miejsce – dokończyłem.
- To, że opuszcza nie znaczy, że rezygnuje z tego, co kocha.
Ha! I tu ją miałem! Uśmiechnąłem się pod nosem.
- No nic… - westchnąłem z udawaną rezygnacją. – Chciałem jeszcze raz podziękować za kwiaty, które mi przywiozła i zapewnić ją, że mają się dobrze w moim mieszkaniu.
Mina kobiety była bezcenna. Musiała nic o tym nie wiedzieć. I bardzo dobrze, bo to dawało mi przewagę.
- W takim wypadku chciałbym cię prosić, żebyś przekazała swojej przyjaciółce tą wiadomość – uśmiechnąłem się promiennie.
- Zapomnij – Haruka szybko się opanowała, wracając do swojej pozornej obojętności.
Pokręciłem głową z rozbawieniem. Smoczyca była uparta, nie ma co.
- To ja już pójdę – odwróciłem się w stronę wyjścia.
- Nie zatrzymuję – odparła.

***

Nazajutrz miałem już gotowy plan działania. Z tego co przypadkowo powiedziała mi Tenoh byłem w stanie wyciągnąć kilka wniosków. Usagi Chiba zamknęła swoją małą kwiaciarnię, ale jednocześnie nie zrezygnowała z prowadzenia tego interesu. Najprawdopodobniej wyprowadziła się ze wspólnego mieszkania, które do tej pory dzieliła z mężem. Może nawet byli już po rozwodzie. Musiała więc znaleźć nie tylko mieszkanie dla siebie, ale też nowy lokal pod wynajem, gdzie otworzyłaby na nowo kwiaciarnię. A skoro biznes nadal miał się kręcić, to musiała zgłosić zmianę adresu do rejestru działalności gospodarczej. Musiałem tylko go zdobyć i po kłopocie. Wystarczyło poszperać nieco w internecie i nawet taki laik komputerowy jak ja (laik oczywiście w porównaniu z moim braciszkiem) był w stanie znaleźć takie dane. Nic prostszego.
Zaśmiałem się cicho, spisując adres na kartkę.
Oj Haruka, musiało cię zaboleć, gdy zorientowałaś się, że mimowolnie mi pomogłaś.

***

Postanowiłem poczekać jeszcze kilka dni, zanim udałem się do nowej kwiaciarni Usagi. Kto wie, czy zdążyła już ją otworzyć, dlatego jeszcze odrobina cierpliwości mogła wyjść mi tylko na dobre.
Lokalizacja wydawała mi się lepsza niż poprzednio, bliżej centrum miasta. Z zewnątrz kwiaciarnia sprawiała miłe wrażenie. Przystanąłem na moment przed witryną, zaglądając z ciekawością do środka. Dostrzegłem, że blondynka nie jest sama. Właśnie pokazywała jakiejś kobiecie różne rodzaje kwiatów.
Pchnąłem drzwi wejściowe, z przyjemnością ponownie słysząc znany mi już dźwięk dzwoneczka.
- Dzień dobry – powiedziałem pogodnie. – Chciałem zamówić bukiet.
Niebieskooka odwróciła się w moją stronę.
- Dzień do... - zamarła w połowie słowa.
Może i nie takiego powitania się spodziewałem, ale co tam. Najważniejsze, że ją znalazłem.

poniedziałek, 30 stycznia 2017

R. 6 „Nawet kwiaty mogą zbliżać ludzi”

- Mamoru… - wyszeptała złotowłosa.
- Zdziwiona? Raczej się mnie tutaj nie spodziewałaś, skoro obściskujesz się z tym typkiem – powiedział krótkowłosy ironicznie.
- Nie obściskuję się – dziewczyna próbowała zaprzeczać.
- To ja się o ciebie zamartwiam… Specjalnie wychodzę wcześniej, żeby odwiedzić cię w pracy i sprawdzić jak się czujesz, a ty… - Chiba dalej ciągnął swoją tyradę zgorzkniałym tonem, kręcąc głową z dezaprobatą.
Myślałem, że mnie szlag trafi, gdy go słuchałem. Był naprawdę bezczelny. Sam zdradzał żonę bez żadnego skrępowania, a teraz dorabiał sobie ideologię, byle postawić siebie w jaśniejszym świetle. No po prostu musiałem zareagować.
- Koleś, daj sobie spokój z opowiadaniem takich bajeczek – podszedłem kilka kroków bliżej niego.
- Czy ja mówiłem do ciebie? – zaperzył się. – Nie wtrącaj się, rozmawiam teraz z żoną. Na ciebie jeszcze przyjdzie kolej. Poza tym, nie pamiętam, żebyśmy byli na „ty”.
Roześmiałem się krótko.
- Ona wie – powiedziałem tylko. – Nie musisz się wysilać i robić przedstawienia.
- Co wie? Co wie? Chyba to, że jest małą kłamliwą oszustką.
Tego już nie byłem w stanie wytrzymać. Z każdą kolejną sekundą facet coraz bardziej działał mi na nerwy. Na dodatek bezpodstawnie oskarżał i obrażał Usagi. Który mężczyzna tak postępuje? Chyba jedynie prawdziwy cham. Niby wielki doktorek, wykładowca na uniwersytecie, a za grosz nie miał kultury i szacunku dla kobiet.
Błękitnooka milczała, jedynie z żalem spoglądając na męża. Nie wiedziałem, czy nie jest w stanie mu odpowiedzieć i się sama obronić, czy może miał on na nią taki wpływ, że bała się odezwać i mu sprzeciwić. Już zdążyłem się przekonać, że po Chibie można było spodziewać się wszystkiego.
Zerknąłem do tyłu na dziewczynę. Stała ze spuszczoną głową, mocno zaciskając pięści. Odwróciłem głowę i ponownie zmierzyłem Mamoru wzrokiem. Cyniczny uśmieszek nie znikał mu z ust. Pomyślałem, że zaraz mu go zetrę.
Rzuciłem się na niego bez ostrzeżenia i chwyciłem za poły płaszcza. Zaczęliśmy się szamotać. Kurcze, koleś był silny. Na szczęście nie na tyle, by dać mi radę. Powoli, ale jednak zaczynałem mieć przewagę. Żałowałem jedynie, że nie rozpocząłem ataku od razu od lewego sierpowego. Z dziką przyjemnością rozwaliłbym mu tą nadętą facjatę.
- Przestańcie – usłyszałem cichy głosik, jednak będąc w ferworze przepychanki, zignorowałem go.
Chiba właśnie zamachnął się, by mnie uderzyć, ale zdążyłem się uchylić.
- Przestańcie! Natychmiast! – tym razem niebieskooka krzyknęła głośno.
Zamarliśmy obaj, spoglądając w jej stronę. Była dosłownie kilka kroków od nas, mierząc nas wzrokiem. Jej dumnie podniesiona głowa i ogień w oczach zrobiły na mnie wrażenie. Jeszcze nie widziałem jej takiej pewnej siebie i twardej. Chiba chyba również był nieco zdziwiony postawą żony, bo bez słowa mnie puścił. Poprawił swój płaszcz, strzepując z niego niewidzialne pyłki.
Odsunęliśmy się od siebie na bezpieczną odległość, jednak wciąż łypaliśmy na siebie nieprzyjaźnie. Jeden zły ruch, jedno nieodpowiednie słowo, a byłbym znów gotów do działania.
- Mamoru… - zaczęła, a głos na moment jej się załamał.
Przymknęła oczy i odchrząknęła.
- Mamoru – zaczęła jeszcze raz, już pewniejszym tonem. – Wiem o twoim romansie. Masz czas do końca dzisiejszego dnia, żeby się spakować i opuścić mieszkanie. Gdy wrócę z pracy, nie chcę cię tam widzieć. W przyszłym tygodniu składam papiery rozwodowe.
Zdziwiłem się, skąd w niej tyle samozaparcia. Do tej pory wydawała mi się kruchą i delikatną osóbką, którą łatwo zranić. A tu jednak okazało się, że posiada spore pokłady siły, których na co dzień nie ujawniała.
- Ale Usako… - Chiba próbował oponować. – Co ty w ogóle mówisz? Jaki romans?
- Daruj sobie – wyrwało mi się.
Miał gościu tupet, żeby wciąż trwać przy swoim.
- Seiya, nie wtrącaj się, proszę – blondynka spojrzała przelotnie w moją stronę.
Umilkłem potulnie jak baranek, czekając na dalszy rozwój sytuacji.
- Mamoru, czego nie rozumiesz? – ponownie zwróciła się do męża. – Mówię jasno i wyraźnie. Powtarzam, że wiem o twoim romansie, więc nie kpij ze mnie. To moje ostatnie słowa. A teraz wyjdź stąd, nie mogę na ciebie patrzeć.
Krótkowłosy brunet postał jeszcze chwilę, chyba nie do końca mogąc pogodzić się z tym, że jego potulna dotąd żona może być aż taka stanowcza. W końcu opuścił kwiaciarnię, przeklinając cicho pod nosem.
- Usagi – chciałem podejść do niej, ale zatrzymała mnie ruchem dłoni.
- Po kwiaty zgłoś się proszę za kilka dni, przygotuję je dla ciebie – nawet nie spojrzała mi w oczy. – A teraz chcę zostać sama.
Nie chciałem jej zostawiać w takiej chwili. Pewnie potrzebowała czyjegoś wsparcia. Jednak z drugiej strony musiałem uszanować jej wolę i odpuścić. Wiedziałem za to, że nie poddam się tak łatwo i nawet z daleka, ale będę nad nią czuwał.

***

Dwa dni później znów ją ujrzałem. I tym razem to nie ja zainicjowałem spotkanie. Dosłownie zamarłem, gdy zobaczyłem ją w drzwiach naszego biura.
- Dzień dobry – przywitała się.
Wydawała się inna niż te kilka dni wcześniej, gdy ją poznałem. Ta siła, którą pokazała przy rozmowie z Chibą, wciąż z niej emanowała.
- Dzień dobry – pierwszy zareagował Yaten, rzucając mi szybkie pytające spojrzenie. – W czym możemy pomóc?
Podszedł do niej, a ja nadal tkwiłem za biurkiem.
- Nazywam się Usagi Chiba. Wiem, że niedawno prowadziliście śledztwo na zlecenie mojej przyjaciółki Haruki Tenoh.
- Zgadza się… - mój brat miał nieco zachowawczy ton.
Znowu spojrzał na mnie, jakby szukając pomocy. Ale ja także nie miałem pojęcia, czego złotowłosa może od nas chcieć.
- Przychodzę z nieco nietypową prośbą… - zawahała się.
- Słucham?
- Chciałabym zobaczyć materiały, które udało wam się zgromadzić na temat mojego męża.
- Ale…
- Usagi, nie możemy – w końcu udało mi się otrząsnąć i podszedłem do tej dwójki. – Obowiązuje nas tajemnica. Wyniki śledztwa może zobaczyć jedynie osoba, która nam je zleciła.
Jasnowłosy wyszczerzył oczy słysząc, że zwracam się do niej po imieniu. W jego spojrzeniu była zarówno nagana, jak i milion niewypowiedzianych pytań. Tym zajmę się później.
- Nie możecie zrobić wyjątku? Rozmawiałam z Haru… Powiedziała, że ma zdjęcia i nagranie wideo, ale nie chce mi ich pokazać.
- To już sprawa między tobą a nią – chociaż zrobiłbym dla niej wszystko, nie mogłem nagiąć naszych zasad.
- Wnoszę pozew o rozwód i chciałabym mieć jakieś dowody na to, że nasze małżeństwo nie rozpada się z mojej winy. Mój mąż wciąż idzie w zaparte, że nie ma żadnego romansu, a przecież wszyscy tutaj wiemy, że to kłamstwo. Musicie mi pomóc – zakończyła z determinacją.
No i co miałem zrobić? Jak miałem postąpić w takiej sytuacji? Przecież gdybym się zgodził, Yaten zapewne pożarłby mnie żywcem na miejscu. Dla mojego braciszka zasady były najważniejsze. Niemal święte.
- Ten jeden raz chyba możemy przymknąć oko – usłyszałem.
Stanąłem jak wryty. Nie mogłem uwierzyć własnym uszom. Święci pańscy, czy Yaten właśnie to powiedział? Czy może to moja wyobraźnia? Usagi Chiba naprawdę musiała mieć coś w sobie, że nawet on jej uległ.
- Dziękuję – twarz dziewczyny natychmiast się rozpromieniła.
- Jednak ostrzegam, że to nie będzie miłe – dodał blondyn.
- Jestem tego świadoma – odpowiedziała.

***

Obserwowałem jej twarz, gdy przeglądała zdjęcia przedstawiające jej męża całującego się z Rei Hino. Malowało się na niej tysiące uczuć. Od bólu i rozczarowania, po złość i niedowierzanie. Wcześnie tylko wiedziała o tym, że Chiba ją zdradza. Teraz zobaczyła to na własne oczy. To musiał być szok, nawet dla najbardziej odpornej osoby.
Byłem cały czas czujny, żeby w razie potrzeby okazać jej wsparcie. Pocieszyć, powiedzieć miłe słowo, przytulić czy chociażby podać szklankę wody.
Z kolei gdy zobaczyła nagranie, jej twarz stężała. Zacisnęła mocno szczękę, widziałem grę mięśni na jej żuchwie.
- A więc to o to mu chodziło… - powiedziała cicho, bardziej do siebie niż do nas.
- O co? – wyrwało mi się.
Usagi wyprostowała się i spojrzała najpierw na mnie, potem na Yatena. Przez chwilę jakby wahała się czy rozwinąć swoją myśl. Jednak chyba stwierdziła, że skoro my poszliśmy jej na rękę, to i nam należy się trochę szczerości.
- Odziedziczyłam dom po babci. Obecnie jestem w trakcie finalizacji jego sprzedaży. Babcia w testamencie zaznaczyła, że jest on tylko mój i ewentualne zyski z niego mają należeć wyłącznie do mnie. Dziwiło mnie to na początku, ale skoro ona tak chciała – zaczęła wyjaśniać. – Mamoru ciągle namawiał mnie, byśmy zarobione w ten sposób pieniądze przelali na wspólne konto, bo przecież wszystkim się dzielimy i wszystko mamy wspólne. Ale ja ciągle się wahałam, bo nie chciałam się sprzeciwiać ostatniej woli babci. Teraz już wiem, dlaczego tak na to nalegał. Suma jest spora, a my nie podpisaliśmy intercyzy przed ślubem…
- No nieźle sobie to wykombinował – mruknąłem.
- Dobrze, że się przeliczył – dodał mój brat.

***

- Jeszcze raz dziękuję wam za pomoc – powiedziała blondwłosa, ściskając mocno w dłoni pendrive’a z materiałami, jakby bała się, że w każdej chwili możemy się rozmyślić.
- Cieszę się, że mogliśmy pomóc – Yaten wciąż pozostawał pod urokiem dziewczyny, szczerząc się od ucha do ucha.
No naprawdę go nie poznawałem. Jeszcze był gotów sprzątnąć mi ją sprzed nosa. Może to niedorzeczne, ale zacząłem czuć w nim rywala.
- Seiya, mam coś dla ciebie – odwróciła się w moją stronę.
- Dla mnie? – spytałem zaintrygowany.
- W samochodzie – powiedziała tajemniczo.
Teraz to ja szczerzyłem się jak głupek. Posłałem bratu triumfujące spojrzenie ponad ramieniem błękitnookiej.
Wyszliśmy na parking, gdzie stało zaparkowany czerwone mini cooper. Przyznam, że to autko pasowało do niej idealnie. Aż uśmiechnąłem się pod nosem na ten widok.
Podeszła do samochodu i otworzyła bagażnik. Ruszyłem za dziewczyną i pochyliłem się nad jego zawartością. W środku stały trzy doniczki z kwiatkami. Roześmiałem się.
- To chyba te chciałeś – uśmiechnęła się delikatnie.
- Chyba – potwierdziłem. – Choć przyznam, że już nie pamiętam.
Co miałem udawać, że było inaczej, jak faktycznie nie miałem pojęcia, na jakie rośliny się wtedy zdecydowałem.
- To prezent ode mnie – wyjęła pierwszą z brzegu doniczkę.
- No przestań. Zapłacę za nie.
- Nalegam – wepchnęła mi roślinkę do rąk, sięgając po kolejne. – Mam tylko nadzieję, że będzie im u ciebie dobrze.
- Będę się starał z całych sił – uniosłem do góry dwa palce w geście obietnicy.
Usagi roześmiała się perliście, a ja napawałem się jej śmiechem. Był bardzo przyjemny dla ucha.
Wiedziałem już, że nie muszę się o nią martwić. Że poradzi sobie z rozwodem. Bo tak naprawdę była silną kobietą, choć w momencie, gdy się ją dopiero poznawało, od razu chciało się ją otoczyć opiekuńczym ramieniem. Jednak było to mylne wrażenie.
Otworzyła drzwi samochodu, siadając na miejscu kierowcy. Zapaliła silnik i już miała odjechać, gdy coś mnie tknęło i postanowiłem działać. Bo jeśli nie teraz, to kiedy? Zastukałem w szybę, dając znak, by ją opuściła.
- Jeszcze jedno – powiedziałem.
- Tak? – nie kryła zdziwienia, ale też zaciekawienia.
- Pozwolisz się kiedyś zaprosić na kawę?
- Zastanowię się – powiedziała z tajemniczym uśmiechem. – W razie czego wiem, gdzie cię szukać.
Zasunęła z powrotem szybę i odjechała. A ja zostałem na parkingu, spoglądając za powoli znikającym czerwonym mini.
Nie powiedziała „nie”. Zastanowi się. Więc istniała jakaś szansa.
Pogwizdując pod nosem ruszyłem z powrotem do biura.

piątek, 20 stycznia 2017

R. 5 "No i wydało się..."

Tenoh chyba sam diabeł gonił przez ulice Tokio lub przynajmniej miała jakieś konszachty z mocami nieczystymi, bo dotarła do kwiaciarni w niespełna dziesięć minut. Albo po prostu pracowała niedaleko. W sumie nie pomyślałem o tym, raczej stawiałem na pierwszą opcję, bardziej mi do niej pasowała.
Nie wiedzieć czemu udzielił mi się taki wisielczy humor. Zwłaszcza, że sytuacja wcale nie była do śmiechu. To pewnie reakcja na stres.
W międzyczasie przyniosłem blondwłosej szklankę wody z zaplecza. Dziewczyna wciąż siedziała na podłodze, opierając się o kontuar. Usiadłem obok niej, w każdym momencie gotowy na szybką reakcję, gdyby coś poważniejszego zaczęło się dziać. Po początkowym wahaniu delikatnie ująłem jej dłoń. Nie odsunęła jej.
Nadal była blada jak duch, pod oczami pojawiły się jej ciemne podkówki. Głowa wciąż musiała ją porządnie boleć, bo co chwilę zaciskała mocno powieki oraz uścisk jej lodowatej dłoni stawał się coraz intensywniejszy.
Chciałem nawet zadzwonić na pogotowie, ale nie pozwoliła mi, wciąż powtarzając, że wcale nie czuje się tak źle albo, że tak naprawdę to nic poważnego, pewnie tylko przemęczenie.
Chyba nawet nie była do końca świadoma, że poinformowałem jej przyjaciółkę, bo wydała się zupełnie zdziwiona widząc krótkowłosą, która z mocą pędzącego tira wpadła do środka.
- Kociątko! Co się dzieje? – od progu rzuciła się w stronę błękitnookiej, padając przed nią na kolana.
Usagi uchyliła nieco powieki i spojrzała mało przytomnie przed siebie. W końcu jej wzrok odzyskał ostrość.
- Haru? Co ty tu robisz? – zapytała słabym głosem.
- Gdzie cię boli? – dopytywała się Tenoh.
Ja zostałem kompletnie zignorowany. Wciąż siedziałem obok złotowłosej, z jej drobną dłonią w swojej.
- To tylko ból głowy, naprawdę nic mi nie jest – Usagi uparcie trwała przy swoim, bagatelizując zaistniałą sytuację.
- Gdyby to był zwykły ból głowy, nie musiałabym tu przyjeżdżać – Haruka nie dawała za wygraną.
- Wy się znacie? – padło pytanie z ust dziewczyny.
Dopiero teraz Smoczyca raczyła zauważyć moją obecność, jakby to nie mój telefon ją zaalarmował, ale jakieś nadzwyczajne zdolności kazały jej tu przyjechać. Jej spojrzenie zatrzymało się na moment na mojej dłoni, a na twarzy pojawił się grymas niezadowolenia. Mimowolnie cofnąłem rękę.
- Opowiem ci innym razem – odpowiedziała wymijająco. – Teraz zabiorę cię do szpitala. I bez dyskusji… - dodała, widząc minę przyjaciółki.
Powoli pomogła podnieść się niebieskookiej. Również wstałem, czując się tutaj coraz bardziej zbędny.
- Dzięki, że zadzwoniłeś – rzuciła mi oschle. – Możesz już iść.
No tak, zero wdzięczności. Ale czego innego mogłem się spodziewać po tej kobiecie? Że złapie mnie w niedźwiedzi uścisk, dziękując rzewnie za to, co zrobiłem? Niedoczekanie moje. Krótkie „dzięki” musiało mi w zupełności wystarczyć.
- Muszę do toalety – powiedziała nagle Usagi, zwijając się w pół.
Tenoh zaprowadziła ją na zaplecze, a ja wciąż stałem na środku kwiaciarni jak ten nie porównując kołek.
Czy faktycznie powinienem już sobie pójść? A może jeszcze zaczekam, aż kobiety bezpiecznie odjadą? Czułem się odpowiedzialny za tą kruchą istotę. Nie potrafiłem zdecydować, więc pozostałem na miejscu. A nuż jeszcze się na coś przydam.
W tym momencie z zaplecza wróciła Smoczyca, sama.
- Co tu robiłeś? – nie bawiła się w uprzejmości.
- Chciałem kupić jakieś kwiatki do mieszkania – skłamałem gładko.
- Akurat tutaj?
- Tak się złożyło – wzruszyłem ramionami ignorując jej wściekłe spojrzenie.
- Powiedz mi, co się dokładnie stało? – zadała kolejne pytanie.
Poczułem się jak na przesłuchaniu. Oj, ta kobieta idealnie nadawałaby się do roli wrednej policjantki, która potrafi sprawić, że podejrzany od ręki wyśpiewa wszystko jak na przysłowiowej spowiedzi.
- Jak już mówiłem, chciałem kupić jakieś kwiatki do mieszkania. Ostatnio doszedłem do wniosku, że muszę wprowadzić do niego trochę więcej życia i postanowiłem zacząć od roślinek, a że nie mam jakiejś wyjątkowo dobrej ręki do kwiatów…
- Streszczaj się! - pogoniła mnie.
Westchnąłem teatralnie. Nie wiem czemu, ale drażnienie i sprawdzanie granic cierpliwości tej kobiety sprawiało mi jakąś dziwną satysfakcję.
- Pani Chiba miała mi właśnie pokazać kilka odpowiednich dla mnie gatunków… - myślałem, że Smoczyca zaraz wybuchnie, bo robiła się coraz bardziej czerwona, więc przystopowałem i przeszedłem do konkretów – gdy nagle zbladła i złapała się za głowę. Potem zachwiała się, ale uchroniłem ją przed upadkiem.
Nie wiem czy mi uwierzyła czy nie. Miałem to gdzieś. W każdym razie błękitnooka potwierdziłaby moje słowa, a Tenoh nie musiała znać prawdziwych pobudek mojego pojawienia się tutaj. Zresztą miałem gdzieś to, co sobie myślała.
- Ok. Ale nie podoba mi się to, że kręcisz się koło Kociątka. Trochę to podejrzane  – pokręciła głową z dezaprobatą. – Ona jeszcze o niczym nie wie…
- O czym nie wiem? – z zaplecza wyszła blondwłosa, ściskając w ręku płaszcz i torebkę.
Musiała słyszeć końcówkę naszej rozmowy, bo jej wzrok wędrował od przyjaciółki do mnie i z powrotem.
- Kociątko! – krótkowłosa podskoczyła do Usagi, obejmując ją ramieniem. – Dlaczego mnie nie zawołałaś? Nie powinnaś sama tu przychodzić!
- Już lepiej się czuję – faktycznie na jej twarz wróciło nieco żywszych kolorów.
- I tak zabieram cię do szpitala. Kilka podstawowych badań ci nie zaszkodzi…
W tym momencie rozdzwoniła się moja komórka. Chciałem ją zignorować, ale twarde spojrzenie piaskowowłosej zmusiło mnie do reakcji.
- Nie odbierzesz? – warknęła.
Niechętnie wyjąłem telefon z kieszeni i spojrzałem na wyświetlacz. No tak, któż by inny.
- Gdzie ty jesteś!? Miałeś być w biurze pół godziny temu! – powiedział Yaten nieco przyciszonym, choć nerwowym tonem.
- Coś mnie zatrzymało po drodze – odpowiedziałem wymijająco. – Ale już się zbieram.
Nie miałem zamiaru wdawać się w szczegóły, zwłaszcza teraz. Zresztą później też nie chciałem nic mówić bratu, bo wiedziałem, jak zareaguje. Zwłaszcza mając na uwadze naszą ostatnią rozmowę. A na pewno nie uwierzyłby, że znalazłem się w kwiaciarni Usagi Chiba zupełnie przez przypadek.
- No myślę – prychnął. – Mamy nowego klienta i dobrze by było, gdybyś chociaż raczył pojawić się przed końcem spotkania.
- Jesteś już dużym chłopcem. Wierzę, że sobie poradzisz, nawet jeśli nie zdążę.
- Seiya… - w głosie Yatena pojawiła się nuta ostrzeżenia.
Wiedziałem, że jeszcze chwila, a gotów jest wybuchnąć. Wolałem sobie tego oszczędzić.
- Dobra, dobra. Zaraz będę – powiedziałem pojednawczo.
Rozłączyłem się. Obie kobiety wpatrywały się we mnie. Usagi z zaciekawieniem, a krótkowłosa z coraz większą niechęcią.
- Muszę już iść. Praca wzywa – uśmiechnąłem się przepraszająco.
- Nie zatrzymujemy – padło z ust starszej kobiety.

***

Przez następne dwa dni kwiaciarnia Usagi Chiba była nieczynna. Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym tamtędy codziennie nie przejeżdżał i nie sprawdzał. Robiłem to rano przed pracą i wracając wieczorem do swojego mieszkania. Wciąż pusto.
Na szczęście nasza nowa sprawa nie wymagała jakiegoś większego zachodu, a bardziej skupienia i dociekliwości. Pewien staruszek wynajął nas, żebyśmy znaleźli jego krewnych, potencjalnych spadkobierców. To był bardziej temat dla Yatena, który mógł się całkowicie odciąć od rzeczywistości i zanurzyć w wirtualnym świecie, przekopując setki baz danych. Moja rola ograniczyła się do pomocy albo ewentualnego sprawdzania niektórych tropów w różnych urzędach i organizacjach. Nie narzekam, bo jak najbardziej mi to odpowiadało. Po pierwsze mój wścibski braciszek dał mi spokój, bo miał coś innego na głowie. A ja bez szkody dla śledztwa mogłem rozmyślać o złotowłosej kwiaciarce i jej stanie zdrowia, rozważając najróżniejsze opcje.

***

Trzeciego dnia, gdy przejeżdżałem obok miejsca pracy niebieskookiej, od razu zauważyłem zapalone światła. Czyli już wróciła, skoro było otwarte. Musiałem przyznać, że mnie to ucieszyło, bo to oznaczało, że to omdlenie i ból głowy nie były niczym poważnym. Bez większego zastanawiania się nad tym, czy dobrze postępuję, zaparkowałem przed budynkiem. No przecież musiałem sam sprawdzić, czy na pewno wszystko jest w porządku. Nic nie mogłem na to poradzić, że czułem się w jakiś sposób za nią odpowiedzialny.
Cichy dzwoneczek po raz kolejny zaanonsował moje wejście. Blondynka krzątała się po kwiaciarni, podlewając rośliny i rozkładając w wazonach cięte kwiaty.
- Dzień dobry – przywitałem się.
Odwróciła się w moją stronę, przywołując na usta swój firmowy uśmiech, którym zapewne witała wszystkich swoich klientów.
- Dzień dobry. A to pan… - na szczęście uśmiech nie zniknął z jej twarzy, gdy mnie zobaczyła.
- No tak, to znowu ja – wyszczerzyłem zęby. – Codziennie tędy przejeżdżam jadąc do biura i zauważyłem, że znów jest otwarte. A że ostatnio nie kupiłem tych kwiatów, to pomyślałem, że dziś okazja będzie ku temu w sam raz.
- Oczywiście, zaraz coś poszukamy – ruszyła w stronę – O ile mnie pamięć nie myli, szuka pan czegoś dla opornych i zabieganych?
Roześmiałem się.
- Przyznam, że nie chciałbym ich unicestwić w ciągu kilku tygodni.
Zawahałem się na moment.
- A tak w ogóle, jeśli oczywiście mogę zapytać, jak się pani czuje?
Dziewczyna zatrzymała się w połowie drogi, odwracając ponownie w moją stronę.
- Proszę mi mówić Usagi – wyciągnęła dłoń w moją stronę.
- Seiya – odpowiedziałem szybko, potrząsając lekko jej ręką.
- I dziękuję, wszystko w porządku. Po prostu mój organizm trochę odmówił mi posłuszeństwa. Odpoczęłam i znów mam energię do pracy – dodała.
- Cieszę się – wyznałem całkiem szczerze, bo naprawdę mi ulżyło.
- Wracając do kwiatów… Mogłabym panu… to znaczy mogłabym ci polecić, oczywiście oprócz standardowych kaktusów czy bambusa… może dracenę, albo nolinę. Grubosz też jest łatwy w pielęgnacji. Z większych może scindapsus złoty lub zamiokulkas…
Te nazwy kompletnie nic mi nie mówiły, ale spoglądałem na nią jak urzeczony, widząc w niej zarówno delikatność, jak i pasję, gdy opowiadała o tych roślinach. Musiała faktycznie lubić swoją pracę.
- To może na początek wezmę te trzy – na chybił trafił wskazałem na kolorowe doniczki.
Gdy ponownie na nią spojrzałem, jej twarz była bardzo poważna. Wpatrywała się we mnie tymi wielkimi oczami, jakby czegoś ode mnie oczekiwała.
- A tak naprawdę, panie Seiya Kou, prywatny detektywie, co cię tu sprowadza? – jej pytanie spowodowało, że zamarłem.
Czyli jednak pamiętała więcej niż mi się wydawało? Znała moje nazwisko. Wiedziała czym się zajmuję. Co jeszcze? Poczułem zimny pot spływający mi wzdłuż kręgosłupa. Bo co miałem jej odpowiedzieć? Przecież nie mogłem ot tak przyznać się, że zostałem wynajęty przez jej przyjaciółkę do śledzenia jej męża. Zresztą Tenoh powiedziała mi, że dziewczyna jeszcze o niczym nie wie. Byłem w pułapce.
- Przypadek albo zrządzenie losu – roześmiałem się wyjątkowo sztucznie, dalej udając, że nie mam pojęcia o co jej chodzi.
- Wiem już wszystko… – głos blondwłosej wyraźnie się załamał, choć usilnie nadal starała się być twarda. – Haru mi powiedziała… A raczej zmusiłam ją, żeby wszystko mi wyjaśniła. Skąd się znacie… Dlaczego macie przede mną jakieś tajemnice… Wiem o Mamoru… i tej dziewczynie, studentce…
Po policzku spłynęły jej dwie samotne łzy, by za chwilę zmienić się w prawdziwy słony potok. Ta wcześniejsza maska pozornej obojętności opadła dosłownie w sekundzie. Przede mną stała załamana, zdradzona młoda kobieta, której świat zdawał się walić z dnia na dzień, a wszystko to, w co do tej pory wierzyła, okazało się kłamstwem.
- Usagi… - powiedziałem cicho.
Nie mogłem postąpić inaczej. Podszedłem do niej i objąłem ją. Wtuliła się we mnie i zaczęła szlochać. Nie zważałem na to, że jej łzy moczą mi kurtkę. Obejmowałem ją delikatnie, lekko kołysałem, pozwalając by spokojnie się wypłakała. Wiedziałem, że czasem to pomaga.
W myślach za to targały mną zupełnie inne uczucia. Nienawiść, jaką poczułem do tego jej mężulka była przeogromna. Przysięgam, że gdybym spotkał go na swojej drodze, bez zastanowienia rozwaliłbym mu tą jego zdradziecką facjatę. I to z jaką przyjemnością! Zupełnie nie dziwiłem się Haruce Tenoh, że darzyła go aż taką antypatią. Koleś był prawdziwym bydlakiem.
- A więc to tak! Czyli jednak moje podejrzenia się sprawdziły. Masz kochanka! – oboje odskoczyliśmy od siebie na niespodziewany dźwięk męskiego głosu.
W drzwiach kwiaciarni stał Mamoru Chiba.
Copyright © 2016 Usagi & Seiya - only from afar... , Blogger